
Jest pan gościem czwartej edycji „ Literatury na kółkach”, organizowanej przez Książnicę Kopernikańską w Toruniu.
Michał Rusinek*: To już moja druga akcja biblioteczna, w której biorę udział. Zresztą już za pierwszym razem Toruń bardzo mi się spodobał. A że jestem żarłokiem, szczególnie przypadła mi do gustu pewna restauracją, którą podobno zamknięto, co mnie bardzo martwi... Na szczęście odkryłem inne, też znakomite. Byłem tutaj w ramach festiwalu literackiego, podczas którego poznałem Rafała Bryndala, z którym się zakolegowałem. Zatem Toruń zbliża…
Zbliżają też takie osoby, jak Marek Jurowski, który mi pokrótce opowiedział o licznych książkach, jakie pan przełożył i napisał dla dzieci.
Książki dla dzieci są wymuszone przez sytuację. Zaczęło się od tego, że przetłumaczyłem wiersze A.A. Milne, tego od Kubusia Puchatka. To była propozycja mnie samego zaskakująca. Bardzo lubię tę książkę. Na przełożenie ich miałem mało czasu – jeden utwór na dzień. Rano czytałem je dzieciom i sprawdzałem ich reakcję.
Jestem też trochę takim Piotrusiem Panem, którego przygody zresztą tłumaczyłem. Potrzebuję nowych bodźców. Nowych pomysłów. To mnie najbardziej cieszy i napędza. Dlatego, jak ktoś dzwoni i pyta: czy mógłbyś napisać tekst do „Sonaty patetycznej” Beethovena to ja odpowiadam: Oczywiście! Tłumaczenie musicali jest też rozkosznym zajęciem, ale niestety bardzo pracochłonnym. Co jakiś czas sam miewam różne dziwne pomysły. Teraz mnie bardzo podniecił pomysł pisania scenariuszy do filmów animowanych. Nie wracałbym tez do niektórych rzeczy, bo uważam, że np. nie najlepiej mi wychodzi pisanie prozy.
Napisał pan książkę o życiu Fryderyka Chopina. Włącza pan swoim dzieciom muzykę poważną.
Tak, ale nie zamęczam ich taką muzyką. Na to jeszcze mają czas. Ale nie ma sensu, uważam, separować ich na siłę od kultury popularnej. Trzeba ją przejść, jak świnkę. Potem przyjdzie czas na kulturę wyższą. Jestem z takiego pokolenia, które katowano Chopinem. Chopin kojarzył mi się z nudnymi akademiami, zielonym suknem na stołach i przywiędłą paprotką. Zastanawiałem się, jak o wielkich ludziach można opowiedzieć małym ludziom, tak, żeby ich nie zniechęcić. Żeby wiedziały, że był ktoś taki, jak Chopin, który zajmował się komponowaniem, a nie np. produkcją wódki.
Mały Chopin bohater pana książki nie lubił szpinaku, za to uwielbiał robić statki z kory. A jaki był mały Michał Rusinek?
Ooo…Też nie lubiłem szpinaku, bo wtedy był ohydny, taki mrożony. Teraz go uwielbiam, bo można dostać świeży. Byłem dzieckiem dość grzecznym, ale umiarkowanie utalentowanym. W pierwszej klasie podstawówki napisałem pierwsze swoje opowiadanie science fiction, które chyba nawet ilustrowałem samodzielnie. Zresztą we wrześniu ukarze się książka o moim dzieciństwie.
Każdy z nas ma jakąś ukochaną książkę. Zdradzi pan swoją?
To się zmienia. Teraz zachwyciłem się amerykańską eseistką Anne Fadiman. Na bezludną wyspę wziąłbym jej „Ex Libris”. I dzięki temu wziąłbym ze sobą całą bibliotekę, bo to są eseje o książkach.
A co z filmem?
Mam w swojej kolekcji obrazy Woodyego Allena. Nie mam całego Felliniego, a to jest mistrz niedościgły, jego filmy w ogóle się nie starzeją. Uświadomiłem też sobie, że jednym z moich ulubionych filmów jest arcydzieło kiczu, czyli „Casablanca”. Mogę ją oglądać w kółko. No, co zrobić?
Wróćmy ponownie na chwilkę do książek. Która jako pierwsza zapadłą panu w pamięć?
Kiedyś w jednej rozgłośni radiowej był taki cykl „Moja pierwsza książka” i również odpowiedziałem na to pytanie, ale chyba tego nie wyemitowano. Pierwszą książką, do jakiej się dorwałem, była pozycja pt.. „Wyjaśniamy dzieciom tajemnice życia” wydana w połowie lat 70-tych i przetłumaczona z języka francuskiego. Pamiętam najbardziej do tej pory ilustrację przedstawiającą łono matki na przykładzie rzeźby Wenus z Milo. Szczyt pruderii, ale też niesłychana śmiałość obyczajowa, jak na tamte czasu. A dla mnie wówczas - jakaś zabawna abstrakcja... Więc najpierw była książka, jak robić dzieci, a dopiero potem były „Dzieci z Bullerbyn”. Zresztą w domu, w którym się wychowałem, było mnóstwo książek, ale mnie zapadły najbardziej w pamięć ilustracje. Pamiętam też rozpadające się wydanie „Hobbita” z ilustracjami Jana Młodożeńca i „Piotrusia Pana” ilustrowanego przez Jerzego Srokowskiego. Ale pamiętam także „Czterech pancernych i psa” z bardzo mnie wówczas ekscytującymi fotosami z filmu.
Wykłada pan na Uniwersytecie Jagiellońskim…
Zajmuję się taką dość rzadką i mało popularną dziedziną w obrębie polonistyki funkcjonującą, ale nie stricte polonistyczną, to znaczy retoryką. Tą retoryką rozumianą z jednej strony trochę językoznawczo, a z drugiej literaturoznawczo. Retoryka to pewna wiedza o języku, ale i strukturze literatury.
Retoryka to sztuka mówienia. Zatem nie każdemu jest dane taką sztukę posiąść?
No nie. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego się nauczyć, ale wielu rzeczy - można. Wiele rzeczy można też po prostu poprawić. Trzeba wyobrazić sobie, że jesteśmy jakby trochę postaciami z komiksu, nad którymi unoszą się dymki z tekstem. W tym dymku możemy przekładać słowa tak, jak przekładamy elementy naszego świata, żeby było w nim ładniej, praktyczniej i przyjemniej.
Który mówca jest dla pana autorytetem?
Nie odpowiem na to pytanie. Uważam, że to jest niebezpieczne. Retoryka jest dziedziną, w której nie powinno się odwoływać do wzorców. Przynajmniej współcześnie. Kiedyś starożytni uważali, że powinniśmy postawić przed sobą wzorzec, ideał i starać się do niego dążyć. Współcześnie rozumiana retoryka, taka, której ja chciałbym uczyć, polegać ma na dostrzeżeniu w swoim własnym języku, także języku ciała, tego, co może być skuteczne.
Na myśl mówca przychodzi mi do głowy polityk.
Polityką interesuję się, że tak powiem, po obywatelsku. No i interesuje mnie, acz nie przesadnie język polityki. Retoryka zawsze miała wymiar polityczny. Rozwija się ona tylko w warunkach demokratycznych. Mówienie o retoryce totalitarnej jest pewnym nadużyciem, bo zamiast argumentacją posługuje się siłą. Bardzo mnie niepokoją ci politycy, i te programy polityczne, które chcą zawładnąć dyskursem politycznym, którzy ucinają dyskusję, bo wiedzą lepiej. Takie zawładnięcie może się wszak skończyć przekreśleniem demokracji. A to będzie koniec retoryki.
W tym roku będzie wznowiony podręcznik „Retoryka podręczna” moje go autorstwa. Do książki będzie dołączona także płata DVD z animowanymi filmami wspomagającymi uświadamianie sobie retorycznego wymiaru języka i pomagającymi uczyć retoryki na różnych szczeblach.
Wisława Szymborska ukochała sobie Kraków, ale na pewno ma sentyment do wielu miejsc. Zresztą Jerzy Pilch w dokumencie nakręconym o niej powiedział, że poetka jest przypisana do każdej przestrzeni.
Ona nie jest, że tak powiem, przypisana geograficznie. Nie chodzi na spacery na Wawel ani Kopiec Kościuszki. Nie ma tam swojej ulubionej kawiarni. Dla niej miejsca składają się z ludzi, nie z murów. Podróżuje raczej do ludzi, do dawnych przyjaciół, a nie do miejsc.
I nie lubi tez wyjeżdżać. Woli wracać. A pan?
W przeciwieństwie do niej, lubię podróżować. Lubię być zaskakiwany przez nowe miejsca.
Wielbicielem jej jest m.in. Woody Allen, który ceni ją za poczucie humoru, dystans i dyscyplinę językową. Za co pan ją ceni?
Mam wrażenie, że jestem starszy od niej. Łapię się na tym, że utraciłem dziecięcą ciekawość świata, którą ona ma. Na wszystko patrzy trochę z innego kąta niż reszta ludzkości. I to chyba sprawia, że jest poetką takiego formatu i rodzaju. A druga rzecz to jej język: zdumiewające jest to, że jej język codziennej komunikacji jest właściwie taki sam jak w jej poezji. Bardzo precyzyjny, wyważony i niezwykły. W poezji nikogo nie udaje. Mówi ze swojej perspektywy, swoim językiem.
Allen powiedział, że „świat jest miejscem tragicznym, nie mam żadnych wątpliwości, że ludzie czynią go gorszym, niż mógłby być”. Co o tym myśleć?
Człowiek inteligentny podobno nie ma prawa być optymistą. To, co ten świat ratuje, to przyjaźnie, kontakt z innymi. Możliwość prowadzenia rozmowy. I wcale nie rozmowy nakierowane na jakiś cel. Rozmowa, która jest sama w sobie przyjemnością, zabawą para literacką.
Bycie pisarzem, to trudny zawód. Co zrobić, żeby być w tym zawodzie odnieść sukces?
Kiedyś zapytano Czesława Miłosza, jak to zrobić żeby być dobrym pisarzem. Odpowiem, zatem jego słowami po prostu mało chcieć.
Przeraża pana wizja społeczeństwa, które komunikuje się ze sobą wyłącznie przez Internet?
Myślę, że nie należy przesadzać z tym przerażeniem. Jeśli narzędzie komunikacji staje się jej celem - to nie jest dobrze. Ale jeśli dzięki niemu dochodzi do komunikacji nawet w bardzo niesprzyjających np. geograficznie warunkach - to fascynujące. Ciekawe jest także, co się w tych nowych mediach dzieje z językiem. Niepokoi mnie tylko brak odpowiedzialności za słowo, wynikająca z anonimowości sieci. Przynajmniej pozornej...
Kilka dni temu Sławek Uniatowski powiedział, że najbardziej ceni muzykę, która wzrusza. Często się Pan wzrusza?
Przyjaźnię się z wieloma muzykami i bardzo ich cenię za to, co robią. Słucham sporo jazzu klasycznego, chociaż nie jestem jego znawcą. A jeżeli chodzi o muzykę poważną, to ja jestem również bardzo klasyczny, bo słucham Bacha. To jest taka muzyka, której się słucha, jak ma się jakiś trudny dzień, kiedy wydaje się, że wszystko się sypie. A po Bachu wszystko się układa, wszystko wraca na swoje miejsce.
Nie lubię mówić o emocjach. My Polacy za dużą wagę do nich przykładamy. To nie emocje decydują o tym, że jesteśmy ludźmi, ale sposób, w jaki sobie z nimi radzimy, jak robimy z nimi porządek, jak przekuwamy je w coś ważniejszego.
Czego cała redakcja i internauci orbiToruń.pl mamy Panu życzyć?
Kiedyś pewien mój znajomy spotkał w Ameryce pewnego zamożnego człowieka, który na pytanie, czym się zajmuje, odpowiedział - niczym. I dodał: „Bo ja kiedyś napisałem taką piosenkę Mona Lisa i od tej pory już nic nie muszę robić”. Więc proszę mi życzyć, żebym napisał taką „Mona Lisę”... Chociaż pewnie wówczas i tak będę robił to, co robię do tej pory...
Rozmawiała Ewa Gerbatowska
* literaturoznawca, tłumacz, pisarz. Sekretarz Wisławy Szymborskiej
dodano: 11-05-2010 22:54 Taki wywiad jak ten uświadamia mi ilu jest ciekawych ludzi.Nie pisze się o nich na pierwszych stronach gazet-a szkoda bo są bardzo ciekawi.Pani Szymborska otacza się wyjątkowymi ludźmi,którzy wzbogacają jej świat .Mają zapewne duży wpływ na jej twórczość.Warto jest wejść głębiej w tą przestrzeń.Może poznając ludzi jakimi się otacza, lepiej poznamy ją samą?Bardzo przyjemny wywiad.Polecam.Zapewne pan Michał napisał wiele ciekawych rzeczy .Z chęcią wybiorę się jutro do biblioteki... | |||
dodano: 02-02-2012 18:19 Wszystko zależy od tego, jaką miarę "ciekawości" przyjmujemy. Czy tę, którą weryfikuje pierwsza strona gazety, sława, pieniądze, uroda... Skądinąd wiem bowiem, że pan Rusinek to jest postać w Krakowie wręcz legendarna, bardzo przez swoją niezwykłą charyzmę rozpoznawalna. Podobno cała piękniejsza część UJ się w nim kocha, co nawet mnie, jako mężczyznę, nie dziwi ;)) |